Dokumenty o sztuce – jazz, fortepian i drag queen

Kolejny dzień Krakowskiego Festiwalu Filmowego, Panorama polskiego dokumentu, a w nim „Dusza zaklęta w Fortepianie” i „Jazz Outsider” – dwa przeciwległe filmy. Oraz „Boylesque” Międzynarodowy Konkurs Filmów Dokumentalnych i Konkurs Polski.

Dusza zaklęta w Fortepianie – historia kaliskiej fabryki i ich właścicieli

Pod koniec XIX wieku Gustaw Arnold Fibiger zakłada w Kaliszu niezwykle prężnie rozwijającą się fabrykę fortepianów. Najsłynniejszą w Polsce i zdobywającą uznanie za granicą.

Po niespodziewanej śmierci Gustawa Arnolda Fibigera, fabryka przechodzi w ręce wdowy i syna. Żona Gustawa Arnolda, nie była przygotowana na zajmowanie się domem i fabryką. Jednak świetnie sprawdziła się w roli właścicielki dzięki czemu fabryka rozwijała się coraz bardziej. Następnie fabrykę przejął syn Gustawa Arnolda – Gustaw. Coraz więcej pianin i fortepianów sprzedawanych było poza granice Polski. Coraz więcej wybitnych muzyków grało na instrumentach z fabryki Fibigera. Wszyscy wystawiali pozytywne, a wręcz zachwycające recenzje. Niestety przyszła II Wojna Światowa. Fabryka została zamknięta, a Gustaw Fibiger wstąpił do wojska i dostał się do niemieckiej niewoli. Pod koniec wojny jego siostra została zabita przez Niemców, tak samo jego matka. Obie zginęły kilka dni przed zakończeniem wojny. Po wojnie fabryka została przejęta przez Państwo, a Gustaw Fibiger został jej pracownikiem, przechodząc przez różne stanowiska.

Cóż może być ciekawego w historii o fabryce fortepianów? I jak ciekawie przedstawić historię fabryki? Okazuje się, że reżyserka Judyta Fibiger znalazła pomysł. Głównymi bohaterami zostali właściciele fabryki i ….. fortepian. Historię rodziny Fibigerów i ich fabryki poznajemy przez pryzmat opowieści i przez pryzmat osób którzy pracowali w fabryce, współpracowali z Gustawem Fibigerem i którzy byli jego uczniami w szkole. A fortepian? Towarzyszymy podczas filmu renowacji jednego z najlepszych fortepianów wyprodukowanych i zaprojektowanych przez Gustawa Fibigera. Renowacją zajmują się jego byli uczniowie. A wszystkie rozmowy, opowiadania są tak przeprowadzone, że mamy wrażenie, że nie tylko oglądamy film, nie tylko jesteśmy widzami ale jesteśmy jego uczestnikami. Jakbyśmy byli w środku tej opowieści. A na samym końcu – wisienka na torcie. Przy odnowionym fortepianie zasiada Leszek Możdżer i gra…. I szkoda że film się już skończył. Polecam. Moja ocena 8/10.

Boylesque – żyć w zgodzie ze sobą

Boylesque to opowieść o najstarszej drag queen w Europie – Lulla la Polaca. Andrzej, który kryje się za tą sceniczną postacią urodził się w 1938 roku. W filmie możemy poznać jego prywatne, pozasceniczne życie. To mocno stąpający po ziemi mężczyzna, który równocześnie wierzy w szczerą miłość, której ciągle szuka. Jest też wrażliwym marzycielem. Wciąż żyje pełnią życia, uczestniczy w imprezach i szuka miłości. Stara się występować. Udziela się w środowisku LGBT. Ale równocześnie zdaje sobie sprawę ze swoich ograniczeń i ze zbliżającej się śmierci. Ponieważ nie chce obciążać swoich przyjaciół pogrzebem, sam zaczyna wszystko organizować.

Mam z tym filmem problem. Z jednej strony film pokazujący bohatera z krwi i kości, nic nie ukrywający. Pokazujący i te dobre i te złe momenty. Widać w tym filmie chęć odczarowania i pokazania widzom, że za drag queen stoi coś więcej niż tylko przebieranie się w damskie ciuchy. Ale, że jest to rodzaj sztuki scenicznej. Jednak z drugiej strony, nie do końca czuć to w filmie. Jakby była jakaś niewidzialna przeszkoda, która nie pozwala wybrzmieć do końca intencji reżyserki. Moja ocena 6/10

Jazz Outsider – światowe gwiazdy polskiego jazzu i zmarnowany bohater 

Nie jestem fanką jazzu, nie słucham go na co dzień. Ale jak trafię na film o muzykach tego gatunku, czy usłyszę gdzieś muzykę to bardzo chętnie dołączam. Tak samo było z filmem Janusza Majewskiego „Jazz Outsider”. Jak tu nie zobaczyć takich muzyków jak Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak, Jan „Ptaszyn” Wróblewski czy perkusista Adam Jędrzejewski. Nazwiska pojawiające się w tym dokumencie można wymieniać bez końca. Do tego archiwalne filmy z występów Krzysztofa Komedy, Tomasza Stańki. Po prostu cała plejada najwybitniejszych polskich muzyków jazzowych w jednym miejscu. Żyjących i tych, którzy odeszli na zawsze.

Dokument już od pierwszych scen zapowiada się ciekawie. Trzech muzyków Michał Urbaniak, Zbigniew Namysłowski i Wojciech Gogolewski odwiedzają w Ciechocinku, Adama Jędrzejowskiego, który tam mieszka i ma swoje prywatne studio. Gdzie występuje przed publicznością w lokalnych kawiarniach. Zacieramy ręce, takie tuzy w jednym miejscu, gratka niesłychana. Panowie zaczynają wspólnie grać. Coś improwizują. I na tym film powinien się skończyć.

Na Krakowskim Festiwalu Filmowym zawsze jest jakiś film poświęcony polskim muzykom jazzowym. Współczesnym lub historycznym. Zawsze z wielką przyjemnością ogląda się takie filmy. Ale ten niestety na długo zostanie w pamięci jako – delikatnie mówiąc – porażka.

Gro filmu to rozmowa między panami, którzy wspominają swoje kariery. Kto był ich inspiracją, bohaterem. Gdzie koncertowali. Z kim  nagrywali płyty. A między tym, fragmenty koncertów i występów z archiwum i współczesnych. Czyli klasyka – rozmowy przeplatane muzyką. Ok. to jeszcze można zaakceptować, gdyby nie fakt, że te rozmowy sprawiają wrażenie jakby bohaterowie byli w odwiedzinach u nielubianej przez wszystkich cioci. A podczas takich odwiedzin zawsze trzeba rozmawiać, o czymś mówić, bo milczeć nie wypada. Czasem u takiej cioci wysłuchujemy jej historii. Jaka to nie jest wspaniała, co to ona wielkiego w życiu nie zrobiła. I dokładnie taki mamy klimat w tym dokumencie.

Adam Jędrzejewski wraz z żoną siedzą „rozwaleni” na pięknej sofie, za ławą, a Michał Urbaniak, Zbigniew Namysłowski i Wojciech Gogolewski  siedzą na wprost nich,  na krzesełkach, zbici, jeden obok drugiego. I … rozmawiają, jak u cioci. Nawet jest jeden moment, w którym jeden z muzyków, nie pamiętam, który, powiedział, że on też chciałby coś powiedzieć.

Ten film to bardziej laurka zrobiona dla Adama Jędrzejowskiego – może to on jest tym tytułowym outsiderem. Ale jeśli to on miał nim być, to z tego filmu nie wyłania się taki jego obraz, a raczej obraz człowieka który szuka na siłę uznania i poklasku. Który całemu światu i kolegom próbuje pokazać jaki był i jest wspaniały. Tak jakby to jego słowa miały o tym świadczyć, a nie jego spuścizna.

Jedynymi plusami filmu są archiwalne fragmenty koncertów. I z dwóch koncertów współczesnych. Na jednym zagrała cała plejada polskich jazzmanów, a w ostatnim standard jazzowy zaśpiewała Sonia Bohosiewicz. Moja ocena 4/10

Pozdrawiam

Gosia Stanek

Podziel się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziesięć − 1 =