Werdykt (1982) – reż. Sidney Lumet (recenzja)

„Werdykt” (1982) – reż. Sidney Lumet

Subiektywny Dziennik Filmowy. Uwielbiam wracać do starszych filmów. I lubię znajdować w swojej przepastnej (no może nie aż tak bardzo przepastnej) filmotece małe lub duże perełki. I tak było tym razem. Na jednym z dysków znalazłam film z 1982 roku „Werdykt”. Film gwiazdorski. Za kamerą Sidney Lumet, współautorem scenariusza David Mamet. W rolach głównych Paul Newman, Charlotte Rampling, Jack Warden, James Mason. Klasyka jak się patrzy. Nic tylko wygodnie zasiąść przed ekranem i oglądać. Z całym szacunkiem dla współczesnych gwiazd, ale żadna z nich – według mnie – nie przykuwa uwagi widza jak gwiazdy sprzed lat.

Ale do rzeczy. Frank Galvin jest adwokatem. Kiedyś pracował dla wielkiej kancelarii, ale niestety nie potrafił się dostosować. Odszedł w niesławie, gdy został oskarżony o próbę nakłaniania członka ławy przysięgłych do wydania „odpowiedniego wyroku”. Oskarżenia co prawda zostały wycofane, ale Galvin nie odzyskał dawnej pozycji. Sporadycznie zajmuje się jakimiś sprawami, a tak poza tym zajmuje się piciem. Jedyny przyjaciel jaki mu pozostał to Mickey Morrissey, który podrzuca mu sprawę dotyczącą błędu lekarskiego. Młoda kobieta podczas porodu traci przytomność, po błędzie lekarza.  Niestety nie odzyskuje jej, a rodzina próbuje uzyskać odszkodowanie, aby móc przewieźć chorą do kliniki zajmującej się osobami w śpiączkach. Galvin początkowo jest tylko zainteresowany sprawą ze względu na możliwość wysokiego zarobku. W końcu 1/3 z 200 tyś dolarów to niebagatelna suma. Jednak z czasem zaczyna mieć wątpliwości. I coraz bardziej zaczyna angażować się w sprawę. Postanawia odrzucić propozycję ugody, i staje do nierównej walki przed Sądem. On sam, wspomagany przez przyjaciela kontra wielka kancelaria prawna, która reprezentuje katolicki szpital i bostoński Kościół. Dodatkowo po odrzuceniu propozycji ugody, jaką zaoferowali najwyżsi dostojnicy kościelni z Bostonu, ma przeciwko sobie również rodzinę poszkodowanej.

To film trzech aktorów i jednej aktorki grających główne i drugoplanowe role. Paul Newman, Charlotte Rampling, Jack Warden i James Mason bo o nich mowa, są bezbłędni. A szczególnie prawdziwy popis dał tutaj Paul Newman. Jego bohater już nie widzi dla siebie ratunku. Nawet na początku nie interesowała go sprawa błędu lekarskiego, choć miał tylko uzyskać odszkodowanie na zasadzie ugody. Czysty, szybko zarobiony pieniądz. Najważniejsze dla niego było pójście do baru, wypicie dużej ilości alkoholu i opowiadanie głupich anegdotek. Nawet nam jako widzom nie da się go lubić, czy nawet współczuć. Jego postać wręcz odpycha. Newman nie gra Franka Galvina, on nim jest całym sobą. Zagubiony, pogodzony z faktem, że jego życie to porażka. Jednak o jego dawnej pozycji nie daje mu zapomnieć jedyny przyjaciel jaki mu został Mickey Morrissey. Wpierw wściekły na Galvina, że odrzucił propozycję ugody, ale potem całkowicie wspierający i pomagający mu w procesie. Tu już nie tylko chodzi o pieniądze, ale o sprawiedliwość dla tych co już w nią nie wierzą. O sprawiedliwość dla ludzi, którzy są przeświadczeni, że Sądy, Adwokaci, Sędziowie, Prokuratorzy za nic mają swoich klientów i ich problemy. Klientów, którzy są zwykłymi przeciętnymi obywatelami. Jak mówi jedna z pielęgniarek do Galvina „wszyscy jesteście tacy sami, nie obchodzi was kogo ranicie. Myślicie tylko o pieniądzach. Za grosz lojalności. Jesteście jak dziwki”. I tak faktycznie to wygląda, Ed Concannon reprezentujący pozwany katolicki szpital, za nic ma prawdę, ma za grube pieniądze spowodować, aby sprawę zamknięto. Nie interesuje go nic poza tym. Sędzia Hoyle, chce skończyć sprawę jak najszybciej. Wg. niego rodzina ofiary powinna wziąć odszkodowanie, i przestać szargać dobre imię znanych lekarzy. I przestać zawracać głowę Sądowi. Nawet zwierzchnik Kościoła Bostońskiego, jest zainteresowany tylko obroną reputacji szpitala. Czy Galvin ma szansę? Czy sam faktycznie wierzy w zwycięstwo? Czy jest to tylko jego marzenie i fantazja, że w końcu wygra on i wygra sprawiedliwość.

Można powiedzieć, że ten film to zlepek rozmów pomiędzy bohaterami. Interakcji pomiędzy nimi. Krótkich, często ubogich w słowa, ale jakże intensywnych i wyrażających wszystko przez gesty, ruchy, mimikę. Przez to mamy poczucie kameralności wszystkiego.

Jak dla mnie jest to jeden z najlepszych dramatów sądowych jakie powstały. Świetnie zagrany i wyreżyserowany przez Lumeta. Świetne kadry i ujęcia za które odpowiedzialny był polski operator Andrzej Bartkowiak.

Polecam gorąco. Gdybyście kiedyś trafili na ten film to nie wahajcie się go obejrzeć.

Pozdrawiam

Gosia Stanek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *